Burmistrz Suchej Dziury
W miasteczku zwanym Sucha Dziura
burmistrz miał wąsiska jak u szczura.
Codziennie prężył się na rynku,
krzycząc: Porządek! Koniec spoczynku!
Kazał malować trawę w pasy,
by bardziej modne były czasy.
Gołębiom wlepiał mandaty,
bo brudzą pomnik demokraty.
Straż miejska łapała koty,
bo robiły rzekomo niecne psoty.
A urząd wydał trzy ustawy:
Zakaz siorbania głośno kawy!
Lud szemrał cicho przy piekarni:
Nie możemy być aż tak bezradni…
A burmistrz, dumny niczym paw,
domagał się wciąż nowych praw.
Aż w pewną środę o poranku,
wpadł pan kontroler jak do banku.
Przejrzał dokument, spojrzał w twarz
i spytał krótko: Pan tu… aż?
Oczywiście! Rządzę od lat sześciu!
Mam order, fotel i pięć teściów!
Kontroler westchnął, wyjął teczkę:
Tu jest pomyłka, tu macie rzeczkę.
Bo według map i wszystkich planów
ta wieś od roku jest zalaną,
a dno jeziora strefą ciszy.
Pan mówi do karasi i myszy.
Burmistrz zbladł, spojrzał na swe włości,
a tam nie było już ludzkości.
Na rynku, pod fontanną starą,
siedziały kaczki ze swą gitarą.
I jedna rzekła z wielką gracją:
Wybrałyśmy pana kaczą racją.
Bo między nami, drogi panie,
u ludzi trudniej o takie gadanie.
Burmistrz zbladł, lecz zaraz potem
huknął gniewnie: To sabotaż z błotem!
Fake news! Manipulacja złego ducha!
Sucha Dziura zawsze była sucha!
Te mapy kłamią! Woda jest lewa!
A kontroler pewnie z obcego drzewa!
Tu naród ze mną! Mandat mój święty!
– krzyczał, brodząc po pas w odmęty.
I tylko kaczki przy starej tamie
kwakały cicho na wodnej bramie:
Nieważne, czy tonie wieś, czy kraj,
byle w przemówieniu zgadzał się slajd.
W końcu burmistrz zebrał myśli
I nową strategię szybko wymyślił.
Poprawił krawat, chrząknął śmiało
i rzekł: To wszystko tak być miało!
To nie powódź, a program rozwoju!
Nowa strategia miasta w pokoju.
Turystyka! Łódki! Natura!
Tak się dziś rządzi, Sucha Dziura!
Bo kiedy inni budują mury,
my rozwijamy sektor natury.
Miasto pod wodą – trend europejski!
Ekologiczny i bardzo miejski!
Tu będzie molo, tam konferencje,
a w trzcinach strefy i licencje.
Już mamy hasło, logo i granty,
i w prasie lokalnej trzy warianty.
I zarządził bez chwili zwłoki
spis ryb i podatek od zatoki.
Karasie szepnęły: Od nas wara!
i popłynęły w stronę moczara.
Kontroler spojrzał spod rzęs
i spytał, czy w tym jest sens.
Od roku nikt się tu nie skarży,
każdy na dnie o sukcesie marzy.
Wiatr tylko świstał, noc już zapada,
słychać, jak dalej burmistrz gada
do karpi, trzcin i starej boi,
co już od dawna niczego się nie boi.
A kaczka spod zalanego biurka,
Rzekła, strzepując wodę z piórka:
U ludzi to piękna jest tradycja,
gdy sensu brakuje, rządzi ambicja.
Z notatnika koleżanki N
Obrazy, zdjęcia i muzyka z Internetu
żadne naruszenia praw autorskich nie są zamierzone



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz